Spotkanie w Domus Mariae – Sługa Boża Barbara Samulowska

Spotkanie w Domus Mariae – Sługa Boża Barbara Samulowska

W Archidiecezjalnym Domu Rekolekcyjnym „Domus Mariae” w Gietrzwałdzie odbyło się spotkanie poświęcone Barbarze Samulowskiej, jednej z wizjonerek objawień Matki Bożej. Postać służebnicy Bożej przybliżył ks. prof. Lucjan Świto, delegat biskupi trybunału diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym wizjonerki.

Proces beatyfikacyjny s. Samulowskiej (zakonne imię Stanisława) rozpoczął się w 2005 roku. Kościół warmiński zbadał życie B. Samulowskiej i wysłał dokumentację do Watykanu. Barbara została oddana do klasztoru po zakończeniu objawień gietrzwałdzkich jako 12-letnia dziewczynka i przebywała w formacjach zakonnych do końca życia. Jako siostra szarytka pracowała w szpitalach w Gwatemali, tam też zmarła w 1950 roku.

– Ona nie potrzebuje z naszej strony łaski, że ją wyniesiemy bądź nie na ołtarze. Ona, jesteśmy przekonani, ogląda Pana Boga twarzą w twarz. Dziś Kościół przedstawia ją jako osobę godną naśladowania. Pozostaje dla nas czytelnym i aktualnym świadkiem Ewangelii – mówił ks. Świto.

Barbara Samulowska urodziła się 21 stycznia 1865 r., 4 km od Gietrzwałdu – w miejscowości Woryty, w ubogiej, ale głęboko religijnej rodzinie. Była córką Józefa i Karoliny z d. Szulc, a jej dzieciństwo przypadło na trudny czas zaborów oraz nasilonego Kulturkampfu, kiedy życie religijne na Warmii poddawane było różnym ograniczeniom.

– W historii Kościoła zapisała się przede wszystkim jako jedna z wizjonerek objawień maryjnych w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Wraz z Justyną Szafryńską miała doświadczyć objawień Matki Bożej, która przemawiała do dziewcząt w języku polskim. Te objawienia trwały, jak wiemy, od 27 czerwca do 16 września i bardzo szybko stały się wydarzeniem o ogromnym znaczeniem religijnym i narodowym. Do Gietrzwałdu zaczęły przybywać tysiące pielgrzymów, a przesłanie objawień koncentrowało się przede wszystkim na wezwaniu do modlitwy różańcowej, nawrócenia i wierności w wierze. Kościół po dokładnym zbadaniu wydarzeń uznał ich autentyczność, co stało się w 1977 r. – mówił ks. Lucjan.

Po zakończeniu objawień B. Samulowska odkryła w sobie powołanie zakonne. Wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, powszechnie znanego jako szarytki. Wyjechała do Paryża, a po 12 latach – do Gwatemali, gdzie spędziła 50 lat życia. Była przełożoną domu zakonnego, pielęgniarką, pracowała w szpitalu. Zmarła 6 grudnia 1950 roku.

– Kiedy zacząłem prowadzić proces beatyfikacyjny naszych sióstr katarzynek, męczenniczek, można powiedzieć, że był to proces mocnych wydarzeń. One były męczone, nabijane na nogi od krzeseł, ciągane po ulicach miast. Kolejny proces, tym razem B. Samulowskiej. I pomyślałem, że teraz jadę do Gwatemali, będę wysłuchiwać świadków. Co tam mogło się takiego wydarzyć? Ale muszę powiedzieć, że wewnętrzne doświadczenie moje i naszego zespołu, którego doświadczyliśmy, było bardzo głębokie. Tam odczuwało się jej obecność i świętość, która promieniowała z tych, którzy ją znali – wspomina delegat.

Zauważył, że jej życie nie było spektakularne w sensie zewnętrznym. Nie zapisała się w historii wielkimi dziełami czy publicznymi wystąpieniami, a jednak w jej życiu widać coś, co w oczach Kościoła ma ogromną wartość – wierność. – Barbara uczy nas przede wszystkim stałości miejsca. Po doświadczeniu objawień mogła pozostać w centrum zainteresowania ludzi, tymczasem wybrała drogę cichej służby. Pokazuje także, jak głęboko można zaangażować się w codzienną pracę, opiekę nad chorymi, ubogimi, potrzebującymi. Jej życie przypomina, że zwyczajna praca wykonywana z miłością staje się drogą świętości. Jest również świadkiem wielkiego poświęcenia dla innych. Całe swoje siły oddawała tym, którzy najbardziej potrzebowali pomocy. Była przy tym osobą roztropną, mądrą życiowo. Dlatego wielu ludzi zwracało się do niej o radę i wsparcie – opowiadał ks. Świto.

Wspominał czas swojej posługi w Krakowie, w kościele sióstr wizytek, gdzie żył i posługiwał ks. Jan Twardowski. – Zawsze po Mszy św., podczas której głosił kazanie do dzieci, siadał w zakrystii, w takim małym kątku. I tam zawsze stała grupka ludzi, która chciała z nim porozmawiać. Nie po to, żeby się wyspowiadać, ale po to, żeby się czymś podzielić, posłuchać rady. Oni potrzebowali opinii ks. Twardowskiego. Myślę, że w taki sposób też zwracano się do B. Samulowskiej. Przychodzono z jakimiś problemami życiowymi, rodzinnymi, małżeńskimi, być może wychowawczymi, a ona udzielała rad czy obiecywała modlitwę. Z zeznań świadków procesu beatyfikacyjnego właśnie taki obraz Barbary się kształtował – że była osobą bardzo cenioną. U podstaw tego było jednak coś jeszcze ważniejszego – bardzo głębokie życie modlitwy. To modlitwa była źródłem jej siły, cierpliwości, a także zdolności służenia innym – tłumaczył.

Podkreślał, że właśnie dlatego B. Samulowska może być dzisiaj szczególnym wzorem dla wielu środowisk – dla sióstr zakonnych jako przykład wiernego i pokornego życia konsekrowanego, dla osób pracujących w służbie zdrowia jako świadectwo miłości wobec chorych i cierpiących czy też dla przełożonych jako przykład roztropności, odpowiedzialności i troski o innych.

Przytaczał wspomnienia nowicjuszki, która po wykroczeniu została wezwana przez B. Samulowską na rozmowę. Nowicjuszka szła „na dywanik”, a wychodziła tak uniesiona, że chciała jeszcze raz popełnić to samo wykroczenie, żeby znowu spotkać się z takim miłosnym, dobrodusznym przyjęciem. To tak – jak byśmy powiedzieli – przyjmuje nas Pan Bóg. Kiedy wyznajemy nasze grzechy, On na nas nie krzyczy, tylko przyjmuje nas, tak jak ewangeliczny ojciec syna marnotrawnego.

– Jej życie okazuje prostą, a zarazem bardzo wymagającą prawdę. Świętość rodzi się tam, gdzie człowiek wiernie trwa przy Bogu, gdzie z miłością wykonuje swoje codzienne obowiązki, kiedy potrafi uczynić ze swojego życia dar dla innych. Dlatego historia B. Samulowskiej nie należy jedynie do przyszłości, ale jest zaproszeniem dla każdego z nas, aby również nasze życie w miejscu, w którym jesteśmy, stawało się przestrzenią działania Boga. Miejmy nadzieję, że proces beatyfikacyjny niedługo się pozytywnie zakończy – mówił ks. Świto.

– Barbara Samulowska, jeżeli będzie ogłoszona błogosławioną, to nie dlatego, że widziała Matkę Bożą, choć z pewnością spotkanie z Nią na pewno wywołało w niej ogromne doświadczenie Boga. Zostanie błogosławioną dlatego, że prowadziła wierne Bogu życie – podkreślał delegat. – Ojciec Pio był kanonizowany nie dlatego, że miał stygmaty, a dlatego, że prowadził życie głęboko religijne. Jeżeli do nadzwyczajności podchodzi się w sposób zwyczajny, to jest dobra postawa – dodał.

Wspominał historię z Warmii, kiedy jedna z osób otrzymała stygmaty. – Mieliśmy do czynienia z taką osobą, co zostało stwierdzone przez lekarzy. Stygmaty pojawiały się w regularnych odstępach czasu – zawsze były w czwartek wieczorem, a w niedzielę znikały. Zwróciliśmy się do kongregacji z tą sprawą, pytając, co z tym zrobić. Otrzymaliśmy odpowiedź: „Nic. Ani tego nie rozbudzać, ani nie gasić. Jeżeli jest to znak, to znak dla tej osoby”. Świętość to codzienność, wierne trwanie, ewangeliczne życie. Znaki nadzwyczajne, takie jak objawienia czy stygmaty, nie czynią nikogo świętym – zaznaczył ks. Lucjan.

Podkreślił, że beatyfikacja to nie nagroda za życie – to pokazanie współczesnym, że są wartości, które warto naśladować. – Ona była wierna Bogu w codzienności. Przepracowała 50 lat w jednym miejscu, służąc chorym. Jej życie, jak już dzisiaj mówiłem, nie było spektakularne w sensie zewnętrznym. Jej życie przypomina, że zwyczajna praca wykonywana z miłością staje się drogą świętości – przypomniał delegat.

Wyjaśnił, że jeśli chodzi o heroiczność cnót B. Samulowskiej, to zostały one potwierdzone przez komisję teologiczną, później uznane przez komisję kardynałów. – Kościół potwierdził, że żyła w sposób wyjątkowy, wierny Ewangelii. Czekamy na ostatni element procesu – mianowicie potwierdzenie cudu uzdrowienia za jej przyczyną. Materiał już jest zebrany, opracowywany w dykasterii i mamy nadzieję, że w niedługim czasie proces będzie zakończony – mówił.


Krzysztof Kozłowski/Instytut Gość Media